Wieczór...mnóstwo ludzi siedzi na brzegu. Kąpią się, zamaczają nogi. Przychodzą całe rodziny, modlą się, śmieją...Ganges święta rzeka.
Bogini Ganga uosabia rzekę, zstąpiła z nieba a Sziwa aby złagodzić jej upadek pozwolił bogini wylądować na swoich splecionych włosach. Rozdzielił Gangę na siedem rzek (Ganges i jego dopływy), aby mogła przybyć na Ziemię nie wyrządzając szkód powodzią. Ganga ma moc oczyszczania kąpiących się w jej wodach. Wrzuca się do niej również prochy zmarłych.
GANGA — cała rzeka jest święta wraz ze wszystkimi dopływami. Posiada własny szlak pielgrzymi związany z miejscami mitologicznymi.
"Świętość Gangi nie polega na jej jedyności, wyłączności czy cudowności, lecz na użyteczności dla ludzi — pomonsunowe wylewy zapewniały i zapewniają żyzność pól uprawnych na Nizinie Hindustańskiej. Jednocześnie wiedza o archaicznej przeszłości subkontynentu, którego geologia i geografia są wciąż in statu nascendi, kształtują się nadal i zmieniają krajobraz niemal na naszych oczach, wywołuje zaniepokojenie przyszłością Gangi. W 1897 pod wpływem trzęsienia ziemi w Assamie uległo zmianie ukształtowanie całego pasma górskiego, a w 1810 nastąpiła zmiana struktury błot w rejonie Kaććh, w Gudżaracie. W bardzo odległych czasach zaginęła rzeka Saraswati, dziś giną Jamuna i Czambal; nie jest powiedziane, że Ganga będzie płynęła zawsze. Codzienne pudże odprawiane na jej brzegach wyrażają radość i wdzięczność za to, że jest, że wciąż trwa. Najważniejsze miejsca pielgrzymek to — Gangotri, Rishikesh, Haridwar, Prayag, czyli miejsce ofiary, Waranasi i Kalkuta".
Ganga jest archetypem wszystkich rzek wytapiających się z himalajskich lodowców, a przede wszystkim Indusu, Jamuny i Brahmaputry.
" Ganga to śliczna, młoda bogini, devi. O wdzięcznie pochylonej głowie w białej koronie, wpatrzona w nurt swojej rzeki, siedzi na krokodylu unoszącym się po leniwie płynących wodach. W lewej dolnej ręce trzyma dzbanek na wodę (charakterystyczny lily, do dziś sprzedawany na ghatach w Waranasi), prawą ręką wykonuje gest pozdrowienia, w lewej górnej — trzyma naszyjnik malę (też wciąż sprzedawany w Waranasi), w prawej górnej —kwiat lotosu. Niekiedy przedstawia się ją tylko z dzbankiem lily i lutnią. Jej siostrą jest siedząca na żółwiu devi Jamuna, dopływ prawobrzeżny, niegdyś bardzo obfity w wodę, dziś — zanikający".
Zanurzyć stopy w Gangesie...patrzeć spokojnie na pływające " Światełka"... Wdychać zapachy...A potem wrócić ...z dalekiej podróży...
Krishna das zawładnęła mną całkowicie...hmmm, myślałam że tego nie znajdę... Cudowna...gdy jej słucham odpływam... ...och, tak to zdecydowanie najlepsza...:) Gdy człowiekowi smutno a pogoda za oknem raczej przypomina wrzesień niż maj, dobrze jest posłuchać czegoś przy czym można się zrelaksować.
Wyobraźmy sobie, że idziemy ulicą indyjskiego miasta. Nie ważne czy to Delhi, Mumbai czy też mała tradycyjna wioska. Nie można ich nie zauważyć, wtapiają się w krajobraz. Krowy- chodzą po chodnikach( pod warunkiem że takie się zdarzą), chodzą po ulicy, leżą na rondach zakłócając ruch samochodów i tak już wystarczająco chaotyczny. Wchodzą na bazar, wyżerają warzywa ze straganów, zaglądają do śmietników w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Załatwiają się byle gdzie... Każda z nich ma lub miała właściciela.
" Najsłyniejsza święta krowa to niejaka Kamadhenu, co w sanskrypcie znaczy " krowa pragnień". Otóż Kamadhenu, z głową ślicznej kobiety i ciałem białej krowy, jest tak cudowna, że spełnia wszelkie życzenia. Pierwszą Kamadhenu, tą od której cały ród świętych krów się wywodzi, była niejaka Surabhi, matka bydła rogatego".
Jadąc przez Indie możemy zauważyć jeden nie zmieniający się element krajobrazu, uporządkowany- to krowie kupy.
" Wszędzie w całych Indiach, jak okiem sięgnąć - na polach, na placykach , na polankach, obok domów, na domach na dachach, na ulicach, na ghatach(stopniach na brzegach rzek) dojrzymy poukładane a to w kopczyki, a to w misternie wyjące się " warkocze" , a to w równe rzędy, a to w tworzące specyficzną fakturę na fasadach domów - suszące się w słońcu krowie placki". Taki krowi placek ma wiele zastosowań, sadhu spalają je na popiół po czym smarują nimi całe ciało. To zabieg rytualny ale także ochraniacz przeciwsłoneczny. Mieszankę krowiego łajna z mlekiem, serwatką, klarowanym masłem ghi i krowim moczem rozcieńcza się tak, by powstał z tego napój, wielu pobożnych hindusów pije dla oczyszczania zarówno ciała, jak i duszy. W tym samym celu do niektórych napojów na bazie limonki i imbiru dodaje się też odrobinę krowiego moczu. W Indiach bowiem uważa się, że wszystko co pochodzi od krowy, jest święte. Podstawowym przeznaczeniem krowiej kupy jest opał...
" Jeśli gospodyni chce zrobić z krowiej kupy wykładzinę podłogową, to miesza kupę z krowim moczem, gliną i wodą, tak że powstaje coś, co przypomina pastę. Łatwo daje się to rozsmarować po podłodze, a i można też rozłożyć przed domem. Taka podłoga jest trwała, jednolita kolorystycznie i " składnikowo", a także jest wspaniałym zabezpieczeniem przed wszelkiej maści robactwem. Daje przy okazji miłych zapach, a jak gospodyni ma zmysł estetyczny ( a najczęściej ma), to potrafi przed domem ułożyć ją w ciekawą kompozycję rombów, kwadratów, kół itp. " " (...) święte krowy są w Indiach symbolem i synonimem wegetarianizmu. Gdyby bowiem każdy Indus postanowił żywić się mięsem, dajmy na to krowim, to Indie nie dałyby rady wyprodukować mięsa dla ponad miliarda ludzi. Potrzeba by pewnie z miliarda krów. Tyle może by się w jakiś sposób znalazło, ale jak je hodować i wykarmić? Przecież bydło potrzebuję nieustannie coś przeżuwać. Okazuje się, że bardziej się opłaca hodować dla ludzi warzywa, owoce, zboża, ryż, niż poświęcić te pola na produkcję zielonej żywności dla krów. Tu kłania się prosty rachunek ekonomiczny- krowa zeżre w postaci zieleniny wielokrotność swojej masy mięsnej. Nie opłaca się żywić mięsem, na którego wyprodukowanie zużyjemy wielokrotność jego masy w masie roślinnej, kiedy z tych produktów roślinnych można wyprodukować odpowiednio więcej pożywienia dla ludzi. " - " Moje Indie" J. Kret
Udało się ! Szaruk na dużym ekranie robi piorunujące wrażenie! ;) Oczywiście nie obyło się bez zgrzytów...nie było ulotek promujących film. Z didi obeszłyśmy całe kino i nic...hmmm. Plakat wisiał wprawdzie ale tylko jeden w dodatku gdzieś w kącie na samym końcu( chyba specjalnie żeby nie było widać...) Jednak dzięki towarzystwu didi zdołałam się powstrzymać od komentarzy- powiedzmy...Pan " urwał" :) bilety i weszłyśmy do sali. Czułam się bardzo podekscytowana, chyba nawet za bardzo bo to w końcu " zwykły film" . Sala była pusta i bałam się, że już tak zostanie. Na szczęście przyszło jeszcze kilka osób i po morzu reklam ujrzałam stopy Khana. Cóż ja mogę powiedzieć...po prostu rewelacyjny! Cudowny! Khan pokazał wszystkim, którzy się z niego naśmiewali, że jest bardzo dobrym aktorem. Nie trzeba wcale być fanem, żeby zrozumieć film. Żeby się spodobał. Może samej fabuły nie będę opowiadała bo myślę, iż sensu to nie ma gdyż wszyscy wiedzą o co chodzi. W końcu to głośny film o, którym ostatnio ciągle się mówi. Szaruk rozwalił mnie na łopatki swoją grą...poczuciem humoru i lekkością. Profesjonalizmem. Przez pierwszą część filmu bawił a potem wzruszał...tak- oczywiście nie mogło zabraknąć łez...przynajmniej moich. W pewnym momencie zniknęły mi z pola widzenia literki...Cóż...czekam tylko na wydanie dvd. I będę do tego filmu wracała wiele razy... Żałuję tylko, że nie będę miała możliwości pójścia do kina raz jeszcze.
Co jakiś czas zaglądam na stronę, którą zna każdy wielbiciel indyjskiego kina(i nie tylko) bollywood.pl Na wątku poświęconym przedpremierowemu pokazowi" My name is Khan" znalazłam link do tego artykułu. Nie mogłam sobie odmówić komentarza! Jestem wręcz zbulwersowana postawą dziennikarzy naszego kraju. Gdzie obiektywizm??! Pani Katarzyna Nowakowska weszła na chwilkę na wspomniany przeze mnie portal i już zdążyła wyrobić sobie zdanie. Chociaż ja myślę, że ona je miała dawno wyrobione jeszcze przed napisaniem tego artykułu. Nie wiem jak Wy, ale ja poczułam się dotknięta tym osobiście.
" Forum pęcznieje od dyskusji. Omawiane są na przykład takie problemy, jak właściwa transkrypcja nazwiska aktorki Rani Mukherjee. Wejściówki na przedpremierowy pokaz filmu Johara rozchodzą się w niespełna minutę. W każdym większym mieście w Polsce działa przynajmniej jeden klub organizujący imprezy w stylu "Bolly night", w czasie których wystylizowany na hinduskie gwiazdy tłum pląsa w rytm filmowych piosenek. Istnieją nawet profesjonalne agencje eventowe, które w swojej ofercie mają zorganizowanie bollywoodzkiego party".
Oczywiście nie ma mowy tutaj o innych ważniejszych wątkach np: dotyczących podróży do Indii, nauki hindi czy mieszanych związków małżeńskich. To nie sprawiedliwe, że traktuje się nas jakbyśmy byli gorsi albo głupsi...I jeszcze ten cały Duszyński i jego spadek popularności...Gdzie on ma oczy?? Chyba... Ktoś kto odpowiada za wydanie filmów na dvd powinien orientować się na jakie tytuły jest największy popyt. Ale nikogo to nie interesuje, ja nie wiem czy oni myślą że zadowolimy się jakimiś "kaszanami"- byle było wydane? Właśnie takie odnosze wrażenie, że mają nas za idiotów.
" Zabrakło pozycji, które mogłyby te modę podtrzymać i obecnie obserwujemy raczej spadek popularności. Doszło chyba do przesytu"
No, trzymajcie mnie! Przesytu! Ciekawe jakie pozycje on miał na myśli?? Przecież tyle filmów nie zostało wydanych...aż krew mnie zalewa gdy słyszę takie brednie! Jednak tak to jest jak nie ma się pojęcia o czym się mówi. Spodziewałam się od polskich dziennikarzy więcej obiektywizmu...przeliczyłam się.
Skończyłam oglądać i tak naprawdę sama nie wiem co myśleć...Rozczarowałam się, nawet bardzo. Miałam wrażenie, że ten film nie jest niczym innym jak " zapchaj dziurą", brak pomysłu i akcji...spadek formy panów Adity'i oraz Yasha. Przebolałam jakoś paskudnego lektora i próbowałam skupić się na treści, przesłaniu...ale nic takiego nie miało miejsca. Czekałam na rozwinięcie, dreszczyk emocji...a tu klapa na całej linii. Hmm...pomysł może i byłby ciekawy ale nie został dopracowany, nie pomogła nawet odsada.
" Na stacji Waterloo w Londynie dwójka nieznajomych: Rikki Thukral (Abhishek Bachchan) i Alvira Khan (Preity Zinta) czeka na swoich narzeczonych. Rikki jest wesołym, kochającym życie chłopakiem z Bhatindy, mieszkającym w Southall, natomiast Alvira to Pakistanka z Lahore, zasymilowana w brytyjską kulturę. Siedząc przy wspólnym stoliku, starają się zabić czas opowieściami o swoich drugich połówkach. Wspólne czekanie, wciągająca rozmowa oraz poznawanie się nawzajem sprawiają, że zaczyna się między nimi rodzićuczucie..."- Źródło: bollywood.pl
Film zdecydowanie nie największych lotów...i raczej nie będę do niego wracała. A miałam zamiar go kupić- dzięki magii internetu nie kupiłam. Jedyne co zasługuje na uwagę to świetna muzyka. Dopasowana do całości, nogi same chodzą gdy słyszymy tytułową piosenkę :) Historia dwojga ludzi okłamujących siebie na wzajem a co najgorsze samych siebie nie zrobiła na mnie wrażenia. Wizje tego co mogłoby być ...hmmm... to akurat mi się podobało. Perspektywa starzenia się u boku tego jedynego mężczyzny. Zachód słońca nad Taj Mahal...dzieci a potem dzieci ich dzieci...;)Jednak całkowicie i bez odwołania zakochałam się w tej piosence. :))
Jeszcze ta przy, której nie mogę w miejscu usiedzieć :))