sobota, 3 sierpnia 2013
wtorek, 30 lipca 2013
7 grzechów Priyanki
" 7 khoon maff" - dzieło jaki mało...Sussana jest piękna, młoda i niewinna... Przyciąga mężczyzn jak magnes, niestety tylko tych złych. Zaczyna się od niepełnosprawnego majora z bujnym wąsem. Widzimy nieszczęśliwą i uciskaną kobietę, niewątpliwie pragnącą odejść od męża tyrana. Nie mającej jednak na to siły...Nic bardziej mylnego! Świetnie sobie radzi, resztę załatwia pantera ludojad...A jakże by inaczej!
Po jakimś czasie pojawia się cudownie umięśniony John Abraham i niczym książę na białym koniu ratuje damę z opresji. Oczywiście zaczynają się problemy, kariera muzyczna nabiera tempa a heroina działa destrukcyjnie...
Po drugim mężu, tuż przed trzecim zauważyłam, że główna bohaterka właściwie nie istnieje jako odrębna jednostka. Zawsze w cieniu mężów, pozbawiona zdania (w tym wypadku nie chciała go mieć), przyjmująca zachowanie a nawet styl ubierania mężów. Przy okazji trzeciego męża, poety, uduchowionego łóżkowego sadysty, przestała nosić rockowe mini a zaczęła tradycyjne sari. No, ale i ten mąż zasługiwał na karę...a śnieżne zaspy świetnie się do tego nadawały. Jakby pozbawiona sumienia, a przecież pobożna katoliczka, żyła dalej wśród wiernej służby.
Czwarty mąż rozwalił mnie na łopatki! Rosjanin, proszę sobie wyobrazić! Nikolaj Vronsky, więc jakże ona mogłaby nie być jego Anną? Zaplątana we własnych kłamstwach, zmanipulowana zaczęła mówić "na zdrowie" i ponownie wyszła za mąż. Za człowieka, którego praktycznie nie znała. No, ale co tam idźmy dalej...Vronsky prowadzi podwójne życie więc spotyka go przykra niespodzianka na dnie domowej studni. Z założenia pewnie miało to zaskoczyć widza, nie udało się jednak. Sussana staje się harda, wyrachowana, zaczyna obawiać się przyszłości ( lekko siwieją jej włosy nic poza tym). Aby odsunąć od siebie podejrzenia wychodzi po raz piąty za mąż za podstarzałego policjanta. Biedny policjant nie wie co go czeka... Jest jeszcze szósty mąż a nawet i siódmy, o których nie będę wspominała nie chcąc psuć filmu.
Odnosząc się jednak do całości muszę powiedzieć, a raczej napisać, że marny to film oj marny. Priyanka mówiąca po rosyjsku sympatyczna, ale to za mało by film stał się interesujący. Końcówka przez chwilę mogła być ciekawa, jednak nie była, a szkoda. Zmarnowany potencjał... Jednak mimo wszystko, jeżeli ktoś oglądał (lub chciałby) to zachęcam do podzielenia się swoimi wrażeniami.
Moja ocena to3\10.
PS: Kalinka w wersji hindi, bomba! :)
niedziela, 28 lipca 2013
Tam, gdzie śpiewają pawie, czyli jak poślubiłam indyjskiego księcia
" To była miłość od pierwszego wejrzenia, a przy okazji
prawdziwa rewolucja w życiu Alison. Kiedy na jej drodze stanął Ajar, wiedziała,
że są sobie przeznaczeni. Wiedziała, że dzielą ich różnice kulturowe. Ale nie
przewidziała, że ukochany jest księciem, a jego rodzina mieszka w pałacu. Na
dodatek hinduskie zwyczaje i tradycje przyprawiają ją o zawrót głowy. Czy żona
księcia może być szczęśliwa?".
Didi przed wyjazdem z ezoterycznego
miasta podarowała mi książkę...kolejną książkę o Indiach...pomyślałam, sądząc
po bardzo kolorowej i rzucającej się w oczy okładce, że znów przyjdzie mi
czytać jakiś ckliwy romans, jak to miało miejsce podczas "przedzierania
się" przez "Hinduską miłość". Jednak zaczęłam czytać już w
pociągu, ponieważ perspektywa patrzenia przez okno, albo też na współtowarzyszy
przez ponad cztery godziny nie wydawała się interesująca. Hasło na okładce
głosiło "Historie prawdziwe", Alison Singh Gee "Tam gdzie
śpiewają pawie, czyli jak poślubiłam indyjskiego księcia". Otworzyłam i
dałam się wciągnąć w ten zadziwiający świat cudów... Akcja powieści rozgrywa
się na ulicach miasta, które nigdy nie śpi- Hong Kongu. Poznajemy piękną i
przebojową Alison pracującą dla wielkiej korporacji, lubiącej luksusy, mającą
słabość do modnych, markowych ubrań. Cały jej świat staje do góry nogami, kiedy
to na jej drodze pojawia się kolega z pracy Ajay, czarujący, zapewne obłędnie
przystojny hindus z zasadami. Prawie natychmiast się w sobie zakochują a życie
obojga ulega diametralnej zmianie. Czytelnik zostaje przeniesiony w odrealniony
wręcz świat indyjskiej wsi, gdzie nie dotarła jeszcze nowoczesność a po
ogrodzie fruwają pawie. Pomimo różnic kulturowych udaje pogodzić się tak
wydawałoby się odmienne światy.
Wyobraźnia zaczyna działać z zawrotną szybkością, nie chce się odłożyć książki, jakby z obawy, że ten fantastyczny, magiczny krajobraz życia zniknie. Trudno było uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę, bo przecież takie rzeczy to tylko w indyjskim kinie... Polecam serdecznie, na wakacje jak znalazł.
Wyobraźnia zaczyna działać z zawrotną szybkością, nie chce się odłożyć książki, jakby z obawy, że ten fantastyczny, magiczny krajobraz życia zniknie. Trudno było uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę, bo przecież takie rzeczy to tylko w indyjskim kinie... Polecam serdecznie, na wakacje jak znalazł.
piątek, 26 lipca 2013
Kahaani
Vidya Bagchi postanawia odnaleźć swojego męża, który wyjechał do Kalkuty w interesach i od pewnego czasu nie ma z nim kontaktu. Porzuca Londyn i wbrew wszystkiemu postanawia odszukać ukochanego...
Vidya jest w siódmym miesiącu ciąży a Kalkuta wcale nie wydaje się przyjaznym miastem. Pierwsze kroki kieruje na posterunek policji, gdzie poznaje młodego policjanta- Rane. Razem przeprowadzają śledztwo, które będzie miało zaskakujące rezultaty...
Motywem przewodnim w filmie jest rozwiązanie zagadki, oczywiście sama zagadka nie jest zbyt skomplikowana, ale też nie jest banalna...Nawet przenikliwy umysł mojego M. miał z tym problem :) Film jest zaskakujący i wciągający, przy czym nie dłuży się wcale! Zawsze mam problem z napisaniem pozytywnej recenzji i tym razem nie jest inaczej.
Nie zauważyłam minusów, bo albo ich nie było albo po prostu nie chciałam ich zauważyć. Postacie występujące w filmie doskonale przedstawione; morderca na zlecenie cudowny! Taki niepozorny a jednak... Na temat samej Vidyi nie trzeba dużo mówić, po prostu rewelacja! Zaskakująca końcówka... Film oceniam na 9\10.
poniedziałek, 15 lipca 2013
niedziela, 14 lipca 2013
I hate luv storys
Film wyprodukowany przez Karana Johara I HATE LUV STORYS to komedia z romansem w tle. Młody i oczywiście przystojny J pracuje przy produkcji bollywoodzkich filmów o miłości. Razem z przyjacielem Kunalem tworzą zgrany duet bojkotujący romantyczną wizję miłości. Ich zdaniem miłość nie istnieje! Romans owszem, krótki i niezobowiązujący. Simran - młoda szefowa Jay'a jest jego całkowitym przeciwieństwem. Uwielbia swoją pracę, indyjskie kino oraz swojego narzeczonego Raja. Pokój ma urządzony jak dwunastolatka, ale nie czepiajmy się szczegółów... Oczywiście tych dwoje spotyka się niespodziewanie, a dzięki temu spotkaniu całkowicie odmienia się ich życie.
Narzeczony noszący brzydkie koszule i dający wiecznie białe kwiaty przestaje być już tak atrakcyjny, życie przestaje wydawać się idealne. J mięknie, zakochuje się i śpiewa bollywoodzką piosenkę.
Film jest kolorowy, lekki, nieskomplikowany, ale nie głupi. Historia nie jest niczym nowym, pełno jest przecież filmów z gatunku on zakochuje się w niej ona w nim. Jednak ten film ma w sobie coś wyjątkowego, jakąś magię (może to dzięki piosenkom) a może dzięki Imranowi... Coś co przynajmniej mnie utrzymało przy ekranie monitora do samego końca, tym razem nie poszłam zrobić herbaty, nie wyszłam z psem na szybki spacer. Jest to film raczej dla "starych wyjadaczy", pełno tam odwołań do superprodukcji takich jak "Kal Ho Na Ho", "DDLJ", czy "KKHH". Ukazuje to zdystansowanie twórców do swojej pracy. I nie tylko.
Wracając jeszcze do Imrana, jest to mój drugi film z jego udziałem i muszę przyznać, że coraz bardziej podoba mi się to co prezentuje na ekranie. Mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć do filmów niekoniecznie będących komediami.
Podsumowując, film do obejrzenia z przyjaciółką (najlepiej fanką), moja ocena to 7\10.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


