niedziela, 18 grudnia 2011

Trudna droga do końca...


Niedawno zakupiłam w markecie " Salaam Namaste" cena była niewielka biorąc pod uwagę, że to oryginalne wydanie. Wieczorem zabrałam się do ponownego oglądania, cała w skowronkach bo mimo, iż znam już historię Nicka i Ambar to chętnie włożyłam płytę do odtwarzacza. No i się zaczęło...oglądam, oglądam i co widzę?? Cukierkowy świat, cały w różu i miłości....ale może od początku. Ostatni raz oglądałam go chyba z trzy lata temu i zupełnie inaczej zareagowałam. Te wszystkie kolory, barwy które drażnią oko podobały mi się. A teraz nie! No, dobrze pomijając barwy, skupmy się na treści. Otóż jakie to banalne! Ona piękna ( bo jakże by inaczej), utalentowana- przyszły chirurg pracujący w radiu aby zarobić na studia. Uciekła z domu w Indiach przed małżeństwem...On bogaty architekt z zamiłowania kucharz, przystojny z wydepilowaną klatą... Ich drogi spotykają się nagle i powstaje z tego " niezły bigos". Chyba się naprawdę starzeje, ponieważ kiedyś ten film miał dla mnie przesłanie, głębię i coś sobą reprezentował...teraz myślę iż jest to obraz przeznaczony dla nastolatek i dzieci z plecakami Hello Kitty... Drewniane aktorstwo, nic wspólnego z Indiami do tego te pieniądze rosnące chyba na drzewie. Saif Ali Khan wydawał mi się taki męski...teraz jest podstarzałym playboyem... z idealnie gładką klatką piersiową. Jednak są pewne aspekty filmu, które w dalszym ciągu mi się podobają. Muzyka i scena z maską ;D Ach i jeszcze " Sorry?" :) I pan krokodyl Dundee. Ale to wszystko...ech, słabo, naprawdę słabo. Jeżeli oczekujemy od filmu czegoś więcej niż ładnej buzi, kolorów i gadżetów, no i może jeszcze dość przewidywalnej historii z happy endem...to zdecydowanie nie powinniśmy oglądać " Salaam Namaste" To nie jest film, który wymaga zaangażowania... Ale na upartego można go obejrzeć z przyjaciółką przy popcornie, jeżeli ktoś jest amatorem gładkich torsów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz