W Indiach jest obchodzone święto wiosny czyli Basant Panchami ( Wasant Panczami). Według hindusów kończy się zima i rozpoczyna krótka wiosna :) Podczas trwającego święta czczona jest bogini Saraswati. Ludzie witają wiosnę w żółtych barwach, obdarowują się prezentami z bukietów kwiatowych i słodyczy. Trwają uroczystości w świątyniach. Mówiąc o rozpoczynającej się wiośnie kupiec z delhijskiego bazaru zauważa:
"Wiosna oznacza, że nie będzie już chłodów i nie będzie upałów. To będzie bardzo krótki czas. Wiosna jest przyjemna, ale ludzie wolą cieplejszą porę roku."
Wydarzenie, które co roku przyciąga tysiące ludzi. Wydarzenie, na które czeka się niecierpliwie i ciężko się do niego przygotowuję. Jallikatt czyli walka z bykiem. Walka z własnymi słabościami, lękiem i śmierciom. Liczy się prestiż i uznanie społeczeństwa, dobro rodziny im więcej odniesionych ran tym lepiej. Dotychczas walka byków kojarzyła mi się wyłącznie z Hiszpanią aż do wczoraj kiedy to ujrzałam w telewizyjnym programie walczących hindusów. Jeden z najstarszych sportów, Sąd Najwyższy rozważa możliwość całkowitego zakazu uprawiania tej dyscypliny. Indyjska walka z bykiem różni się od tej, którą znamy z Hiszpanii.
W Jallikatt byk nie zostaje zabity, człowiek nie używa przeciw niemu broni. Zwierzę jest traktowane z szacunkiem jako równy człowiekowi. Przed wejściem na arenę byki są ozdabiane- kolorowym proszkiem tym samym, którego używa się podczas święta Holi a także girlandami z kwiatów. Podobno tradycja walki z bykiem w Indiach sięga 400 lat, co by oznaczało że jest starsza od tej z Hiszpanii. Jak wygląda taka walka? Byk wypuszczany jest na otwartą przestrzeń, kilka osób gołymi rękoma stara się go oswoić, kontrolując jego rogi. Nie zawsze jest to możliwe wszystko zależy od siły i złości byka. Chodzi o to żeby jak najdłużej i najwięcej razy dotknąć byka zanim ten będzie mógł zrobić krzywdę zawodnikowi. Ten kto tego dokona zostaje zwycięzcą. Walki zazwyczaj odbywają się w wioskach w ramach festiwali, tylko mężczyzna ma prawo zmierzyć się z bykiem. Kobiety podczas walk siedzą w domu lub w świątyni i modlą się o szczęśliwy powrót mężów, braci lub synów... Oczywiście odbywają się szkolenia byków a raczej wtedy jeszcze cieląt. Nie każdy może się z nimi zmierzyć dużo zależy od silnej woli i odwagi bez tego nie da się wejść na arenę i stanąć oko w oko ze zwierzęciem, które może nawet zabić. Mimo oczywistego niebezpieczeństwa walka przyciąga nie tylko mieszkańców...liczy się wygrana niekiedy za wszelką cenę... Po raz kolejny Indie mnie zaskoczyły...
W październiku po wielu kontrowersjach związanych z przygotowaniami odbyły się w Delhi XIX Igrzyska Wspólnoty Brytyjskiej. Znalazłam ciekawy artykuł poświęcony temu wydarzeniu. Ale dlaczego postanowiłam o tym napisać? Otóż hymn Igrzysk skomponowany przez A.R. Rahmana miał być lepszy niż Waka,Waka. Nie jest...spodziewałam się czegoś zupełnie innego, czegoś z tzw. ogniem. Dostałam hmm...wydmuszkę ładnie opakowaną ale pustą w środku... Zachęcam do oceny i komentarzy.
Co się stało z kinem Bollywood? To pytanie nasuwa mi się po obejrzeniu filmu na podstawie scenariusza Karana Johara. Amerykanizacja widoczna na każdym kroku...brak kolorów tylko rażąca po oczach biel. Czas trwania mniejszy niż dwie godziny...Gdzie się podziały filmy na które trzeba było przeznaczyć połowę dnia ? Gdzie kolorowe, melodyjne piosenki? Miłość i ślub...w wielkim domu bogato przystrojonym? "We are family" jest przykładem tego jak kino indyjskie się zmienia i w tym przypadku nie jestem pewna czy na dobre...Bollywood staje się za bardzo Hollywoodzkie co wydaję mi się mija się z celem. Zawsze uważałam że to co robi Karan jest dobre, że musi takie być. W końcu to on jest reżyserem "Czasem słońce, czasem deszcz ", "Nigdy nie mów żegnaj", i scenarzystą do " Gdyby jutra nie było". No i oczywiście " My name is Khan"... Jednak po tym "dziele" jakim jest " We are family" powoli zmieniam zdanie. Masówka - tak to mogę określić...i co w tym wszystkim robi Kajol? Nie pojęte... Historia powielona, schematyczna do bólu. Wszystko rozgryzłam już mniej więcej w połowie filmu. Oparta na prostych ludzkich odruchach i emocjach. I nie powiem że nie dało się popłakać bo dało ale tak jak mówię jest to po prostu żerowanie na ludzkich emocjach. Wydaję mi się iż Johar doskonale o tym wiedział dlatego przyłożył rękę do czegoś tak prostego i tandetnego za razem. Śmiem twierdzić, że zrobił to tylko i wyłącznie dla kasy...szkoda tylko że po drodze zagubił gdzieś sens i radość indyjskiego kina.
Udało mi się zobaczyć " Guzaarish" i jestem zachwycona !! Fantastyczny, mądry film ze wspaniałą muzyką. Nie mam się do czego przyczepić. Już wcześniej, jeszcze przed obejrzeniem spodobała mi się piosenka "Udi" ale gdy do słów i melodii doszedł obraz...cóż powaliło mnie na łopatki... CUDOWNA AISH !! Nie mogłam oderwać od niej oczu. Gorąco polecam ! :)
" Urodzony w Ameryce Roshan (Abhishek Bachchan) przywozi do Indii swoją schorowaną babcię (Waheeda Rahman). Nie zdawał sobie jednak sprawy, że ta krótka wycieczka, może na zawsze odmienić jego życie, prowadząc do przemiany wewnętrznej. Tłem całej fabuły jest życie istniejące za murami Starych Delhi. Miasto pokazuje chaos, religię i etos indyjskich mieszkańców. Symbolem miasta jest 110006 a oznaką miłości do niego nazwa "Delhi-6"- Bollywood.pl Film pokazuję istniejący kontrast miasta...religię i tradycję mieszającą się w życiu codziennym. Roshan wychowany w amerykańskiej kulturze przeżywa szok widząc to co dzieje się na ulicach Delhi. Na początku jest lekko sceptycznie nastawiony, robi zdjęcia i obserwuję. Zwiedza i wchłania...Po pewnym czasie zaczyna dostrzegać drugą stronę medalu...Nie istnieją tylko kolorowe Delhi ze swoimi świętami i przedstawieniami. Szerzy się korupcja, policja nadużywa swojej władzy, istnieje podział na kasty... Nie wszystko da się zrozumieć, tradycja jest tak głęboko zakorzeniona, że przysłania czasami dobro drugiego człowieka. Kiedy Roshan dotyka kobiety z niższej kasty musi natychmiast umyć dłonie ( z tego co zauważyłam popiołem). Nikt jej nie dotyka za dnia, w nocy mężczyźni nie mają z tym problemu... Społecznościowy idiota, który z pozoru nie umie liczyć okazuję się na końcu szalenie inteligentny. " Delhi-6" obrazuję w cudownie realny sposób zachowanie, codzienne życie i zaściankowość ludzi. Ich brak obiektywizmu i zaślepienie wiarą... Oczywiście nie obeszło się bez konfliktu hindusko- muzułmańskiego. I bez wątku miłosnego, niechcianego małżeństwa i pozycji kobiety w społeczeństwie.
Świetny film z bardzo dobą muzyką A.R Rahmana. Do obejrzenia dla wszystkich nie tylko fanów Bollywood. I raczej proszę zaopatrzyć się w chusteczki.
" Tej Ratan Dhanraj - Donsai (Fardeen Khan) żyje z pieniędzy zarobionych przez ojca, wydając je na dziewczyny i zabawy. W dniu 25 urodzin spotyka się z prawnikiem ojca, gotowy przejąć cały spadek. Ten jednak odczytuje mu testament, który mówi, że Dhanraj musi się w ciągu 15 dni ożenić z córką przyjaciela ojca – Samarpreet (Ishita Sharma) i pozostać z nią w związku małżeńskim minimum 10 lat, inaczej pieniądze przepadną, a Dhanraj będzie musiał zwrócić wszystko, co do tej pory wydał. Donsai jedzie do Pendżabu i żeni się z Samarpreet, a następnie wyjeżdża do USA. Shimmer (Sushmita Sen) jest modelką i przyjaciółką Dhanraja, i tak jak on, zaprzysięgłym wrogiem małżeństwa. Przewrotny los zechce, że to jej przypadnie w udziale ratowanie związku Samarpreet i Donsaia. "- Bollywood.pl
Film kolorowy z piosenkami zapadającymi w pamięć. Z pozoru płytka historia o miłości niesie ze sobą mnóstwo radości i wiary, że jak chcemy to wszystko jest możliwe. Zabawny i nieco przekolorowany świat super modelki i jej przyjaciela zapatrzonego w siebie egoistę wciąga widza bez reszty- przynajmniej mnie wciągnął ;) Bardzo podobała mi się postać Lotusa...przesympatyczny pan ubierający się w paskudne garnitury z sercem na dłoni. Specyficzne poczucie humoru może momentami razić tych, którzy nie są przyzwyczajeni. Jednak dla mnie był to świetny pokaz gry aktorskiej na wysokim poziomie. Być może po raz kolejny nie jestem obiektywna w swej ocenie ponieważ w drugiej części filmu pojawia się postać Pawana grana przez samego SRK ;) Można się przyczepić tak naprawdę, że jego rola była płytka i niewiele wniosła do filmu...można ale po co? Jego obecność podniosła tylko poziom i sprawiła, że film ożył. Bez konkurencyjna jak dla mnie jest scena, w której pojawia się na przyjęciu i kiedy skacze do wody aby uratować psa z plastiku... :) Tandetne...? Hmm...nie wydaję mi się, może gdyby to nie był ShahRukh to bym się przyczepiła ale w tych okolicznościach po prostu nie mogę.
Nauczyłam się, że w filmach Bollywood czasami trzeba patrzeć na pewne rzeczy z przymrużeniem oka aby po drodze nie zagubić sensu historii, oraz że pewne kwestie nie podlegają dyskusji. Podsumowując, film ciepły, optymistyczny i do obejrzenia dla każdego fana pana SRK ;)